Nowa Zelandia - Coromandel

Po prawie czterech miesiącach w obu Amerykach przyszła pora na zmianę klimatu - Nowa Zelandia! Ale zacznijmy od tego jak się tam dostaliśmy...

Będąc w Chile mieliśmy dwie opcje. Pierwsza to jechać dalej na zachód, przez południowy Pacyfik, potem Australię i południowo-wschodnią Azję do domu. Druga opcja to podróż w przeciwnym kierunku, na wschód do Argentyny, Urugwaju, Brazylii i przez Atlantyk do Europy. Pierwsza wiązała się z zamknięciem pętli dookoła świata, druga byłaby dużo tańsza na tydzień, więc pozwoliłaby dłużej nie wracać do domu. Po długich analizach za i przeciw kupiliśmy ostatecznie strasznie skomplikowany, trójsegmentowy bilet typu "multicity" w Qantasie. W skrócie: Santiago De Chile - Auckland, 6 dni na miejscu, lot Auckland - Sydney, dwa tygodnie na miejscu i na koniec lot Brisbane - Singapur. Wszystko na jednej rezerwacji/bookingu. Aż dzwonił do nas i bank i Qantas, chcąc wyjaśnień jak to chcemy kupić bilet z Santiago do Singapuru będąc w Ekwadorze i płacąc polską kartą kredytową. W każdym razie tak wyszło dużo taniej, niż kupować trzy loty osobno.

Zasadniczo problem jest taki, że lotów przez południowy Pacyfik jest strasznie mało i są strasznie drogie, bo jest ich mało, kraje po obu stronach wielkiej wody są bogate (Australia, Nowa Zelandia, Chile) i po drodze nie ma praktycznie żadnego kawałka lądu do awaryjnych lądowań. Trzeba latać drogimi w utrzymaniu 4-silnikowymi jednopokładowymi samolotami.

Trasa z Chile do Nowej Zelandii to jeden z najdłuższych lotów świata. Mimo że podróż trwa (na papierze) około trzynastu godzin, to po drodze przekracza się linie zmiany daty i traci dodatkowo jeden dzień. Nasz samolot wystartował wieczorem 22 grudnia i po trzynastu godzinach lotu wylądował w Auckland, 24 grudnia, bladym świtem w wigilijny poranek. Dzień 23 grudnia 2012 tak naprawdę dla nas nigdy dla nas nie nastąpił :)

Trochę błądzenia po lotnisku, skanowanie bagażu, sprawdzanie podeszw czy aby nie wwozimy jakichś groźnych nasion... takie tam, standardowe procedury. Jako że wieczorem Wigilia, a do promu na półwysep Coromandel mieliśmy jeszcze kilka godzin, postanowiliśmy zrobić świąteczne zakupy w pobliskim supermarkecie. Potem w porcie niestety okazało się, że ze względu na załamanie pogody nie popłyniemy, tylko pojedziemy autobusem. Czasowo wychodzi to dużo dłużej, ale kierowca podwiózł nas pod sam camping.

Pierwsze co się nam rzuciło w oczy to roślinność. Nie dość, że praktycznie wszystkie rośliny są inne niż u nas, to do tego są strasznie zielone, tak że aż wydaje się że za bardzo. Warunki dla roślin są idealne, bo Nowa Zelandia jest bardzo deszczowym krajem. Średnioroczne opady są z trzy razy większe niż w Polsce. Dodatkowo grudzień to koniec wiosny i początek lata, więc pada chyba podwójnie. Za to dużo kwiatów kwitło co czyniło krajobraz jeszcze ciekawszym

Coromandel to taki bardzo malowniczy półwysep, położony na północno-wschodnim końcu Wyspy Północnej. Ogólnie jest przepięknie, chyba że trafi się na taką pogodę jak my... wtedy też jest przepięknie, ale tego nie widać na zdjęciach. Wyglądać to to powinno o tak, natomiast wyszło tak jak poniżej...

Stolicą półwyspu Coromandel jest małe miasto o tej samej nazwie. Po przyjeździe poszliśmy na krótkie zwiedzanie, no i wypad na plażę, w końcu nie często ma się okazję pójść na plażę w Wigilię. Pogoda szybko zaczęła robić się jeszcze gorsza, więc trzeba było się zbierać, zahaczając po drodze o lokalny sklepu. Piwo sprzedają od 25 roku życia, tylko za okazaniem dokumentów, a kasjer dał nam gratis podgrzane mięsne ciasta, bo w końcu w święta i tak nie sprzeda... na zasadzie "chcecie? to sobie weźcie". Trzeba przyznać, ze ludzie w Nowej Zelandii są strasznie sympatyczni, maksymalnie mili, każdy uśmiecha się na ulicy i jakoś tak w ogóle pozytywnie. Trochę przeciwieństwo polskiego narzekania na wszystko.

Wieczorem rozpadało się na maksa, więc zostało tylko siedzenie w naszym domku, który miał jakieś 3x3 metra. Nowozelandczycy tradycyjnie robią wigilijnego grilla, natomiast my mieliśmy łososia zamiast karpia, ziemniaki z groszkiem, grzybowa z puszki, sok żurawinowy zamiast kompotu i barszcz w proszku przywieziony z Polski przez 11 krajów.

Tak oto wyglądało Boże Narodzenie w roku 2012, w letnim deszczu, 17500 km od domu, w krainie Kiwi.

Wesołych świat!