Boliwia - Uyuni - Cmentarz pociągów

Zaczynamy serię postów o jednej z najbardziej epickich części naszej podróży, czyli drodze z Uyuni w Bolwii do San Pedro de Atacama w Chile. Podróż zajęła trzy dni Land Cruiserem, praktycznie cały czas po pustyni i była jedną z najbardziej niesamowitych rzeczy od wyjazdu z Polski.

Zaczynając od początku... Uyuni to miasteczko na środku niczego. Dookoła pustkowie, nic, dużo kilometrów kwadratowych niczego. Z La Paz jedzie się całą noc autobusem lub pociągiem (kolej transandeńska). Wzięliśmy autobus. Mimo że miał terenowe opony i podwyższone zawieszenie (mówimy o autobusie) droga wyglądająca jak tarka do warzyw powoduje że jest to bardzo, bardzo męczące czternaście godzin. Przy okazji okazało się, że znaki drogowe "uwaga spadające kamienie" to nie ściema. Zaraz po wyjeździe jakiś kamień spadł, w szybie zrobiła się dziura wielkości pięści. Kierowca zalepili okno taśmą i... całą podróż szyba wytrzymała bez problemów.

Wszystkie autobusy przyjeżdżają do Uyuni między 8, a 9-tą rano, a wszystkie wyprawy "dalej" wyruszają około 10-11, czyli ma się około dwóch godzin na znalezienie biura podróży i zaklepania wszystkiego, tak żeby nie musieć spać w Uyuni (bo po co?). Biur organizujących wycieczki jest koło osiemdziesięciu, więc nie ma problemu ze znalezieniem jednego. Wszystkie biura oferują w miarę to samo, czyli dżip z kierowcą na trzy dni, dwa noclegi plus wyżywienie. Oferty różnią się szczegółami typu czy nocleg ma prysznic/prąd, czy wejściówki do parków narodowych są wliczone itp. My zapłaciliśmy 650 boliwianów na głowę (walutą w Boliwi są boliwiany), czyli około 300 zł. Na pewno można było wytargować 600, byli z nami też tacy co zapłacili 900 (za dokładnie to samo). Trzeba próbować.

W dżipie mieści się 6 osób i kierowca, jak zbierze się komplet osób - dżip rusza. Pierwszym przystankiem na którym zatrzymaliśmy się wyjeżdżając z Uyuni było wspomniane wcześniej cmentarzysko pociągów, położone 3 km za miastem. Rozkwit kolei w tym rejonie to przełom XIX i XX wieku, kiedy odkryto w okolicy bogate złoża minerałów. Uyuni było centrum transportowym z kopalni do portów na wybrzeżu Pacyfiku. Potem boom i minerały się skończyły i do 1940 roku wszystkie pociągi wylądowały na cmentarzu, gdzie stoją do dzisiaj.

W mieście po czasach świetności został mały dworzec i terminal towarowy, obydwa pozostają w użyciu do dziś. Poza tym w mieście porozstawiana jest masa pomników/dekoracji kolejowych, zrobionych np. z drezyn, kół itp.

Na cmentarzu lokomotyw stoi może ze sto, do tego trochę wagonów i innego żelastwa. Wszystko na różnym etapie rozpadu, po wszystkim można łazić i wszystkiego dotknąć. Z tego co się dowiedzieliśmy są plany, żeby postawić tam muzeum zanim wszystko zje rdza, ale co z tego będzie - nie wiadomo. W każdym razie fajne miejsce, unikalne - Like It.

Po zwiedzeniu cmentarza nasz Señor Conductor (kierowca) zawrócił i pojechaliśmy do Salar de Uyuni - największego słonego jeziora świata, ale o tym nie dzisiaj...