Peru - Lima - Centrum Historyczne

Stolica i największe miasto Peru - Lima.

Centrum historyczne Limy to całkiem ładne miejsce. Mimo niezliczonych trzęsień ziemi kilka zabytków (i/lub całkiem udanych rekonstrukcji) się zachowało. Najważniejsze miejsce to oczywiście Plaza de Armas, czyli rynek.

Najważniejszym budynkiem na rynku jest neobarokowy Pałac Gubernatora. Obecnie w pałacu mieszka prezydent Peru (akurat był weekend i nie było go w pracy przez co nie przyjął nas na audiencję).

Pałacu pilnują żołnierze i trafiliśmy na zmianę warty połączoną z koncertem orkiestry dętej. Śmieszny trochę mają sposób maszerowania i trochę im nie wychodziła synchronizacja, ale poza tym super.

Przy drugim boku rynku znajduje się Katedra i Pałac Arcybiskupa. Za wejście do środka w obu budynkach chcą kosmicznych pieniędzy (częsta praktyka w Peru), więc olaliśmy. Zobaczyć milion kościołów czy milion jeden... żadna różnica.

Większość budynków w zabytkowej Limie zbudował architekt polskiego pochodzenia Ricardo de Jaxa Malachowski, czyli Ryszard Małachowski. I tak odpowiadał on między innymi za przebudowę katedry i Pałacu Prezydenta w 1938, wybudował Pałac Arcybiskupi w 1924, Pałac Rady Miejskiej w 1944, budynek Club Nacional i budynek Banco Italiano. Był też twórcą projektu jednej z ważniejszych ulic Limy: Paseo de la República.

Idąc od rynku na północny-wchód dochodzi się do Parque de la Muralla, gdzie znajdują się ruiny miejskiego muru. Park jest nie za duży i nie za imponujący, ale można w nim zobaczyć dwie ważne rzeczy: peruwiańskie dzieci i prawdziwą Limę.

U nas dzieci są drogie w utrzymaniu, więc robi się jedno w porywach do dwóch i chucha i dmucha żeby było ok. W Peru (i Ekwadorze w sumie też) dzieci są tanie. Wystarczy dać im trochę ryżu i czikena, a i ryż i cziken prawie nic nie kosztuje. Dlatego każdy robi dużo dzieci, bardzo dużo, baaaardzo dużo, prawdopodobnie z nadzieją że jakieś dotrwa do dorosłości i zajmie się rodzicami (zamiast ZUSu). Powoduje to że te dzieci są wszędzie, bo rodzice matki zabierają je ze sobą do pracy. Na przykład stoi babka na ulicy i sprzedaje sok pomarańczowy, a dziecko leży pod stołem na chodniku. Ot taki odpowiednik żłobka. Ponadto matki z dziećmi są bardzo mobilne. U nas przejechanie z miasta do miasta z dzieckiem to grubsza wyprawa. Natomiast w Peru w każdym autobusie jest ZAWSZE co najmniej jedno płaczące dziecko. Co najmniej, bo babka z dzieckiem na plecach w chuście, dzieckiem pod pachą i dwójką trzymającą się spódnicy przeciskająca się przez autobus też nie jest niczym nadzwyczajnym.

Druga rzecz warta wspomnienia to przedmieścia. Dotychczas myśleliśmy, że problem polskich miast polega na tym, że ładna część jest dość mała, otoczona przez niezbyt ładną cześć. Lima bije to na głowę ze swoimi 8-9 milionami mieszkańców. Centrum jest tak małe, że trudno je na mapie zobaczyć (ma z 10 na 10 ulic może) i otoczone jest OGROMNYMI przedmieściami. Do centrum jedzie się od granicy miasta może z godzinę. Na początku są takie chatki jak na zdjęciach poniżej, potem dwupiętrowe rozpadające się budynki, potem centra handlowe, potem dworce autobusowe (każda linia ma swój), potem "normalne" budynki czyli centrum.

Wracając do "fajnej" Limy. Idąc od rynku na południe dochodzi się do Plaza San Martin, drugiego najważniejszego placu w mieście. Plac Jest chyba nawet bardziej reprezentatywny niż rynek. Nosi imię José de San Martín, argentyńskiego generała i jednego z czołowych bojowników o niepodległość Ameryki Południowej.

Idąc jeszcze dalej na południe znajdujemy Parque de la Exposicion (Park Wystawy), gdzie odbyła się wystawa w 1872 roku z okazji 50-lecia niepodległości Peru. Spaliśmy niedaleko w 1900 Backpackers Hostel, urządzonym w zarąbistym starym budynku (świeżo po remoncie). Atrakcja sama w sobie.

Z Limy pojechaliśmy do Cusco bijąc rekord czasu trwania pojedyńczej podróży: 22 godziny w autobusie. Bez zatrzymywania.